Wywiad z Panią Stefanią Szczepanik

Opublikowano: 2010-11-08 08:04:00
Pani Stefania Szczepanik z Tomaszem Pawlukiem foto: Daniel Dmitriew

Co Panią skłoniło do upublicznienia swojej twórczości?

 

Właściwie to żona mojego bratanka. Podczas odwiedzin zauważyła w moim pokoju mnóstwo zapisanych kartek. Zapytała co tam na nich mam. Gdy przeczytała wiersze, stwierdziła, że muszę to opublikować aby została pamięć po mnie, na co odparłam zupełnie szczerze, że tak naprawdę mi na tym nie zależy. Ona jednak nie dała za wygraną. Nawiązała kontakt z panem Stanisławem Kowalczykiem, który po przeczytaniu kilku wierszy powiedział, że warto je opublikować tym bardziej, że nie ma w Lublińcu takiej samorodnej twórczości i trzeba to docenić.

 

Jaki był stosunek do książek w czasach Pani młodości?

 

Książka na wsi była prawdziwym skarbem. Latem nie było tyle czasu na czytanie bo pozostawała praca w polu. Natomiast gdy przychodziła zima ludzie chłonęli treść książek w ogromnych ilościach. Książki często przechodziły z rąk do rąk, więc po pewnym czasie mówiło się żartobliwie, że są już wyczytane. Druk po prostu był już wytarty. Czytało się przede wszystkim klasyków: romantyków, później pozytywistów i przedstawicieli Młodej Polski. Od dziecka dużo czytałam. Proszę sobie wyobrazić dziewczynkę 15 – letnią, która ma założony worek na głowę jako ochrona przed deszczem. Jedną ręką trzyma na łańcuchu krowy i je pasie, a w drugiej trzyma książkę.

 

Co jest dla Pani inspiracją w pisaniu wierszy?

 

Nie mam jednej konkretnej inspiracji. Inspiracją jest codzienne życie i to co dzieje się dookoła nas. Życie codzienne. Czasami przychodzi taki natłok myśli, które od razu zapisuję, by nie umknęły.

 

Przez lata Pani wiersze nie ujrzały światła dziennego. Jakie uczucia towarzyszą wyciągnięciu tych wierszy z szuflady?

 

Rzeczywiście pojawia się coś w rodzaju tremy, wzruszenia też. Jestem osobą, która łatwo się wzrusza. Pojawiały się również wątpliwości wynikające z krytycznego podejścia do własnej twórczości.

 

Książki jakiego autora lub autorki lubi Pani najbardziej czytać?

 

Treść książek bardzo przeżywam, przetrawiam. Sięgam często do twórczości Marii Dąbrowskiej. Jest to prawdziwa skarbnica myśli. „Noce i dnie” czytałam kilka razy, film też oglądałam, a mimo to za każdym razem zwracam uwagę na co innego. Za każdym razem pojawiają się nowe elementy. Gdy ktoś nie czytał tej książki to powinien to koniecznie nadrobić. Jest jeszcze książka „Przygody człowieka myślącego”, opisująca lata okupacji oraz lata młodości Dąbrowskiej. Wraz ze swoim bratem zaprzyjaźnili się z pewnym kowalem, który udzielał im wskazówek życiowych. Jej brat nawet zaczął nosić specjalny zeszyt, gdzie zapisywał sobie różne powiedzenia. Piękny jest opis, gdy ów kowal zabrał ich na pole z zagajnikami o 3 nad ranem, gdzie ptaki zaczynały śpiewać. Od wczesnych lat Dąbrowska „karmiła się” takimi prostymi rzeczami, codziennym pięknem. Wracając na chwilę do lat mojego dzieciństwa, przypomina mi się, jak nauczyciele uczyli nas zmysłów. Ten kto nie widzi jest chyba najbardziej nieszczęśliwą osobą.


Czy wzoruje się Pani na czyjejś twórczości?


Skąd! Gdzieżbym śmiała! Kiedyś się oburzyłam gdy znajoma się mnie spytała czy jestem tą poetką Stefanią Szczepanik. Ja na to: „jaką poetką?”. Nie mogłam tego przeżyć. Parę dni chodziłam jak struta. Myślałam nawet, że ktoś sobie ze mnie zakpił. Poetka to wielkie słowo. Poetką mogła być Wisława Szymborska, ale nie ja.

 

Jak długo pisze Pani wiersze? Pamięta Pani moment, kiedy powstał pierwszy wiersz?

 

Były to lata 80-te. Pisałam dla mojej wnuczki, która miała 5 lub 6 lat. Samotność mi doskwierała, ponieważ mój mąż umarł w 1984 roku. Po części był to mój sposób na odreagowanie.

 

Jaka jest tematyka Pani wierszy?

 

Piszę o wszystkim: o przyrodzie, ludziach, wydarzeniach.

 

W Pani wierszach widzimy wyraźny wpływ tematów religijnych. W jednym z wierszy odwołuje się Pani do twórczości księdza Twardowskiego. Jaki jest Pani stosunek do religii?

 

Trzeba tu zacząć od tego jak byłam wychowywana. To nie jest to samo co dzisiaj. Księżom współczuję wysiłku wkładanego, by sprowadzić młodzież do kościoła. U mnie religia jest zakodowana. Kiedyś księża na siłę nie musieli ciągnąć dzieci do kościoła. Chodzenie na mszę było swoistym rytuałem. Wszystko było uporządkowane. Religia była w szkole i zawierała w sobie takie elementy jak katechizm, historia kościoła, dogmatyka. Księża wzbudzali respekt. Gdy pojawiali się w klasie od razu następowała cisza. We mnie religijność jest zakorzeniona. Chodziło się do kościoła 4 kilometry. W zimie w środku się marzło, ponieważ kościół nie był ogrzewany. Tworzyliśmy jedną wspólnotę. Religijność u mnie to naturalna rzecz, nieprzymuszona. Księża mówią, że w tym wieku już nie trzeba chodzić do kościoła, ale ja czuję potrzebę pójścia się pomodlić. W dzisiejszej religijności jest powierzchowność. W starym pokoleniu było to zakodowane. Rodzice uczyli jak się modlić, jak składać ręce do modlitwy.

 

Jakie jest Pani największe marzenie?

 

Wszystkie moje marzenia się właściwie spełniły. Jestem w miarę zdrowa, samodzielna, mój umysł pracuje. Ilu w końcu jest ludzi w moim wieku, którzy są kalekami, potrzebują stałej opieki? Marzę jedynie o tym, żeby dożyć do końca w takiej kondycji jaką posiadam teraz.

 

Dziękujemy za rozmowę


Na sam koniec naszej rozmowy Pani Stefania zadedykowała nam jeden ze swoich wierszy:


Gdy w moim domu pojawią się goście,

to jakby anieli wstąpili w moje progi

i mój szary smutek rozjaśnili

uśmiechami, jak słońce mnie obdarowując,

gdy zza chmur się ukaże krąg złocisty, jak podarek drogi.

 

Więc witajcie częściej u mnie

moi goście,

bo was rada widzę,

bo was kocham!

 

Chociaż gdy znikniecie,

znów zaszlocham.

 

Pozostanie po was

Smuga cienia, która

zniknie chyba z mym

zniknieniem.



Rozmawiali: Tomasz Pawluk i Daniel Dmitriew


  • Autor: Tomasz Pawluk
  • Brak komentarzy
  • Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany - możesz być pierwszy!